Przeciw „czystym”

Sprzeciw PiS wobec in vitro z przywołaniem stanowiska Kościoła jako uzasadnienia, czyni z tej partii przedstawicielstwo Episkopatu

Przeciwnicy zapłodnienia in vitro powołują się na argumenty oparte na dwóch założeniach: że zarodek to już człowiek i jako taki powinien być objęty ochroną oraz że początek życia powinien być całkowicie naturalny, bo tylko takie zapłodnienie jest „aktem bosko-ludzkim” i tym samym „godnym”. Pierwsze założenie jest uzurpacją posiadania prawdy objawionej. Nie sposób stwierdzić jednoznacznie, kiedy już mamy do czynienia z człowiekiem we wczesnym stadium rozwoju, a kiedy tylko z potencjalnością życia. Drugie założenie jest niekonsekwencją ocierającą się o niebotyczna hipokryzję. Życie ludzkie to równanie: na początku jest cud jego powstania, na końcu śmierć. Ale zaskakująco wymóg naturalności dotyczy tylko pierwszego momentu – poczęcia. Wszystko potem – od podtrzymywania ciąży aż po śmierć, wszędzie tam, gdzie wkracza medycyna – jest występowaniem przeciwko naturze, ale już niekwestionowanym ze względu na prawdę objawioną. Już nikt nie mówi o zachowaniu równie naturalnego prawa do śmierci – takiej tradycyjnej, bez jej sztucznego odwlekania w czasie. Kończymy życie często przebywając w stanie ni to martwym, ni to żywym, latami podłączeni do niezliczonej ilości rurek w szpitalach. Potrafimy wyrwać człowieka śmierci grożącej przez zawał, wylew, raka, niewydolność innych organów, uporczywie walcząc o utrzymanie życia, odsuwając śmierć całą siłą współczesnej technologii. Co więcej, ci którzy chcą represjonować technologie związane z narodzinami nowego człowieka sami ochoczo korzystają (lub będą korzystać) z równie „nienaturalnego” przedłużania własnego życia, o ile tylko wyda się im się ono zagrożone. Jako cywilizacja potrafimy walczyć coraz skuteczniej ze śmiercią i poznaliśmy tajemnicę powstawania życia – od tego momentu nie ma odwrotu. I potrafimy tę wiedzę wykorzystać do dobrych celów. Złe są tylko wtedy, gdy brakuje nam zrozumienia, że trzeba nad tym panować. To znaczy nadzorować poprzez mądre prawo.



Ucieczka od rzeczywistości

Mając na uwadze zarówno tę niepewność co do początku życia, szacunek do potencjalności człowieka, ale również wszystkie zagrożenia związane z procedurą in vitro rząd zaproponował ustawę, która uniemożliwi tworzenie dowolnej liczby zarodków oraz ureguluje całą procedurę zgodnie z wiedzą medyczną. Tym samym poddaje kontroli sferę, która do tej pory była domeną wolnej amerykanki – obok rzetelnych klinik oferujących sprawdzone metody zapłodnienia pozaustrojowego były i takie, które oszukiwały i nie przestrzegały żadnych standardów bioetycznych. Teraz to się zmieni.

Jak każda nowa technologia oczywiście ta również będzie rodziła nowe wyzwania etyczne i każe zweryfikować dotychczasowe przekonania. To nie jest tylko medycyna, ale nie są to wyłącznie kwestie moralne. W złożonej tkance społecznej, kiedy wobec państwa występują obywatele mający różne poglądy religijne, różne wrażliwości i poglądy polityczne, nie sposób uzgodnić jednej powszechnie akceptowanej formuły. Ale to nie zwalnia od obowiązku zajęcia się problemem. Bo on istnieje i będzie istniał, niezależnie od tego, czy niektórzy, jak dzieci zakryją oczy, sądząc tym samym, że go nie ma. A do tego się sprowadza stanowisko nieprzejednanych kościelnych krytyków ustawy o in vitro. Obowiązkiem posłów jest ten problem rozwiązać, nadając mu elementarne ramy prawne. Natomiast nie jest obowiązkiem posłów demonstrowanie przy tej okazji nieprzejednania moralnego, oczyszczania swojego indywidualnego sumienia gromkim „nie pozwalam”. Od tego okrzyku nie rozwiąże się kwestii, która teraz jest poza jakąkolwiek regulacją, czyniąc z Polski „bioetyczne Dzikie Pola”, miejsce dowolnych eksperymentów. „Czystość” postawy jest przy tym demonstracją bezradności wobec rzeczywistości, a nie tytułem do chwały. Bo ta technologia nie zniknie z powodu braku ustawy, będzie nadal działać, tyle że na warunkach określanych nie przez państwo, a tylko przez wolny rynek i równowagę popytu i podaży. To jest stan abdykacji państwa na rzecz żywiołu ludzkich namiętności: pragnienia posiadania potomstwa i z drugiej strony pragnienia zysku. Mieszanka, którą tolerowaliśmy w naszym kraju zbyt długo. Premier Ewa Kopacz zdecydowała się to przerwać. To na mocy jej decyzji ustawa trafiła do parlamentu. Ustawa ta jest szansą na potomstwo dla 1,5 mln par w Polsce, które borykają się z problemem bezpłodności.

Mandat demokratyczny czy mandat kościelny?

Na końcu jest polityka. Wkracza ona bowiem nieodwołalnie wszędzie tam, gdzie trzeba podejmować rozstrzygnięcia w imię dobra wspólnego nie jednostkowego. Nie „czystych sumień”, bo dla nich miejscem ekspresji powinien być konfesjonał, a nie sejmowa mównica. Sejm nie jest organizacją religijną. Jest z zupełnie innego porządku. Nie trudno jednak zauważać, że Prawo i Sprawiedliwość ma w tej kwestii zgoła odmienne zdanie: w stanowisku tej partii zawiera się chęć włączenia Sejmu, z jego logiką służenia każdemu obywatelowi bez względu czy jest wierzący czy nie, w porządek doktrynalny Kościoła katolickiego. Innymi słowy mówiąc, sprzeciw PiS wobec in vitro z przywołaniem stanowiska Kościoła jako uzasadnienia, czyni z tej partii przedstawicielstwo Episkopatu. Episkopatu a nie obywateli – ci bowiem w prawie 80% popierają prawo bezdzietnych par do posiadania dzieci dzięki technologiom ART i doceniają rolę państwa w refundacji tego zabiegu. Nawet w elektoracie PiS, poparcie dla zapłodnienia pozaustrojowego jest większe niż liczba jego przeciwników. Te 80% Polaków to w większości katolicy, którzy uznali sprzeciw hierarchii za sprzeczny z własnymi przekonaniami i sumieniem. Nie zraża to ani PiS ani Episkopatu. Najwyraźniej obydwie organizacje dzielą to samo przekonanie: Duch Święty nie może wiać przez lud, może zstępować tylko na hierarchów i przedstawicieli PiS. W przypadku polskiego Episkopatu to nic nowego (choć warto przypomnieć, że Kościół kiedyś sprzeciwiał się sekcji zwłok, a jakże, z powołaniem się na sankcje Boską), ale w przypadku PiS każe się to głęboko zadumać nad elitarnością takiego stanowiska. Najwyraźniej PiS jest bardziej zakonem niż partią polityczną współczesnej Europy. Pytanie, jakie jeszcze dobro wspólne PiS będzie gotów poddać w zamian za poparcie kolejnego lobby, wyznaniowego lub nie.

*Bartłomiej Sienkiewicz – dyrektor Instytutu Obywatelskiego

Prof. Waldemar Kuczyński Polacy są za in vitro
Dr hab. Magdalena Radkowska-Walkowicz In vitro: między skrajnościami
Michał Zieliński In vitro bez kontrowersji
Trwa ładowanie komentarzy...